Mój wzrok spoczął na biurku stojącym nieopodal łóżka.
W tej samej chwili drzwi zaskrzypiały. Do pokoju zawitała mama. Spojrzała na mnie z bólem w oczach, a po chwili uczucie to ustąpiło współczuciu. Oderwałam się od widoku fotografii, z której spoglądał na mnie uśmiechnięty Nathan.
-Na pewno chcesz to zrobić? - spytała mama.
Spojrzałam na nią nią z nieco zamglonymi oczami. Moja ręka mimowolnie otarła policzek, po którym spłynęła łza, a wraz z nią moją duszę napełnił smutek.
-Tak.- odpowiedziałam półsłowkiem.
Zacisnęłam powieki i wniosłam głowę do góry.
Po chwili poczułam dotyk matczynych rąk. Wzdrygnęłam się na myśl o tym, że obtula mnie swoimi ramionami. Roztworzyłam szeroko oczy i spojrzałam na nią wrogo. Nie rozumiała mnie, byłam tego pewna. Za późno było już na takie gesty, pocieszenia i czułości. Nie zaznałam tego od niej w dzieciństwie, więc nie chciałam zaznać teraz.
Przewinął mi się obraz Nathana i przez chwilę poczułam jego dotyk, lecz wiedziałam, że to jedynie złudzenie. Zdziałał to podmuch wiatru, który wdarł się przez otwarte okno. Zapragnęłam mieć go w tej chwili przy sobie. Był moim przyjacielem, tak bardzo za nim tęskniłam.
Odsunęłam się od mamy. Nagromadzone emocje zrobiły swoje i rzekłam coś, czego wcześniej nie mogłam wypowiedzieć:
- Nienawidzę was! Jesteście potworni. Nie rozumiecie ludzi ani życia. - zapłakałam gorzko.
- Przecież wiesz, że on nie jest dla ciebie odpowiednim towarzystwem. Chcemy cię chronić. Niech zgnije w psychiatryku, on jest opętany! - krzyczała mama
Jej wypowiedź wzburzyła mnie do tego stopnia , że czym prędzej wybiegłam z domu. Nie chciałam słuchać jej krzyków, próśb. Jej autorytet w moich oczach podupadł już dawno.
Jak na złość na ulicy napotkałam Elizę. Na początku uśmiechała się, lecz po chwili widząc w jakim jestem stanie zatroskana podbiegła do mnie.
- Natalii, co się stało? - zapytała.
Była to moja największa przyjaciółka, dlatego nie mogłam zataić przed nią prawdy.
-Moja mama uważa, że Nathan to psychopata.- powiedziałam przyciszonym głosem w obawie, że ktoś nas usłyszy.
-Bo on jest psychopatą. - stwierdziła brutalnie moja przyjaciółka
Zrozumiałam, że nawet ona mnie nie zrozumie. Tak bardzo na nią liczyłam, ale ona zawiodła...
-On jest chory. Musisz o nim zapomnieć. - próbowała mnie dalej przekonywać.
-Nic nie muszę.- rzuciłam jej pełne nienawiści spojrzenie.
Z każdą taką rozmową uświadamiałam sobie coraz bardziej, że wszyscy już go skreślili.
-Natalii, poczekaj.- krzyknęła, lecz jej głos zagłuszyły jadące samochody.
Szybko znalazłam się naprzeciw białego budynku. Spoglądając na niego zrozumiałam, że nie jest to dla Nathana odpowiednie miejsce. Jego oczy pojawiły się przede mną. Był to znak, że moja wyobraźnia działa tak jak trzeba, jednak nie było to nic dobrego. Poczułam podmuch wiatru, który skutecznie sprowadził mnie na ziemię. Jednak nie na długo, gdyż po chwili znowu go ujrzałam. Jego wyraz twarzy był inny niż dotychczas, a on sam wydawał się być przygnębiony.
Opuściłam głowę, zamknęłam oczy, a wraz z umknięciem wspomnień, zniknęło również rozgoryczenie.
Nie mam pojęcia ile tam stałam, lecz spoglądając na zegarek, ujrzałam czternastą. Ruszyłam prosto do budynku, który po wejściu wydawał się takim, jakim go sobie wyobraziłam. Panowała tam ponura atmosfera oraz cisza, przenikająca przez cały budynek.
Bałam się spotkania z Nathanem, a zarazem go pragnęłam. Przeciągnęłam dłonią po twarzy, która paliła mnie od środka, a następnie ruszyłam przed siebie. Przyśpieszyłam kroku, aby nie odwlekać. Umówione spotkanie nadchodziło, a ja kierowałam kroki ku przyjacielowi wraz z jednym z lekarzy. Ciemny korytarz zdawał się nie mieć końca, a ja przez chwilę nabierałam niepewności. Stanęliśmy naprzeciw białych drzwi.
-Panienka jest pewna, że chce tam wejść? Pacjent jest inny niż poprzednim razem.- zamilkł na moment, aby dać mi chwilę namysłu, a po chwili kontynuował:- Choroba uwydatniła się.
-Czy może mi coś zrobić?
Po raz pierwszy poczułam się tak strasznie niepewnie, a zarazem niespokojnie. W odpowiedzi otrzymałam zaprzeczenie, a ja odetchnęłam z ulgą. Drzwi otworzyły się i wtem zostałam sama. Ujrzałam pustkę, która również napełniła moje serce. Odszukałam włącznika światła, aby zdołać cokolwiek ujrzeć. Dopiero w tej chwili zobaczyłam jego. Siedział na parapecie ze spojrzeniem wbitym w ścianę. Rozmawiał z kimś, słyszałam jego przyciszony głos. Jego oblicze wprawiło mnie w przerażenie.
- Nathan to ja.
Poruszyłam rękoma przed nim, lecz to nie poskutkowało. To co działo się w jego mózgu było nie do pojęcia. Miówił niedorzecznie: - Zostawcie mnie. Ja już nie chcę, nie chcę.. Nie będę tego robił!
Pomimo, że bałam się odrzucenia, podeszłam do niego. Karze mi wyjść, zacznie krzyczeć? Przezwyciężyłam strach i spojrzałam w jego oczy.
-Nathan to ja.- powtórzyłam. Jego twarz stała się bardziej przyjazna, a oczy w kolorze czekolady nie były już zakryte przez niewidzialną powłokę, która sprawiła, że stawał się nieobecny. Dotknął palcem mojej ręki, aby uświadomić sobie, że to nie sen. Widział mnie i czuł, że jestem jak najbardziej materialna. Dotyk przyprawił mnie o przyjemne dreszcze.
-Natalii?
-Tak.- przytaknęłam i wyciągnęłam do niego ręce. Wstał z parapetu i niepewnie zbliżywszy się do mnie, spojrzał mi w oczy, jakby chciał odczytać, co się w nich kryje. Tym razem przeszywające uczucie dreszczu, przeszło przez moje ciało.
-Przyszłaś.- w jego głosie wciąż słychać było niedowierzanie. Rozumiałam go, gdyż tkwił tu bez nikogo, a żyć przestał dla innych, lecz zaczął być dla siebie samego. Bałam się oddalenia od niego i odwrotnie, ponieważ obawiałam się straty bliskiego mi przyjaciela. Spojrzałam na jego wychudzoną sylwetkę.
-Musisz jeść więcej!-zakrzyknęłam z przerażenia. Chudł niemiłosiernie, a ja w mig przejrzałam jego plany.- Nie zrobisz tego! To nie jest żadne wyjście z sytuacji. Pomogę Ci.. Wytrwamy w tym razem, rozumiesz?
Nie docierały do niego moje słowa.
-Musisz wyzdrowieć.- zakrzyknęłam ze łzami w oczach.- Już jest lepiej, uwierz w to. Już nie jesteś w takim stopniu uzależniony jak kiedyś. Już się nawet nie okaleczasz.-tłumaczyłam z marnym skutkiem, lecz nieodważyłam się wspomnieć o jego zaburzeniach.
Przysiadł na parapecie i zakrył rękoma twarz, po czym zaczął krzyczeć:- Jesteś taka jak wszyscy. Jestem tylko problemem w twoich oczach, a problemy trzeba zostawiać w tyle, więc wyjdź!-wysyczał, lecz najwyraźniej nie przemyślał swoich słów, które mną wstrząsnęły. Zamilkł, a ja obróciłam się w stronę wyjścia. Obejrzałam się w jego stronę poraz kolejny i już miałam wyjść, gdy odezwał się: - Zostań, poczekaj, przepraszam.
Zareagowałam na jego słowa gwałtownie. Nie sądziłam, że w jego przypadku możliwa jest tak szybka zmiana zdania. Widziałam w tym momencie jakby innego człowieka. Był niczym znajomy nieznajomy.
-Nie zostawiaj mnie.- odrzekł na co odpowiedziałam mu przytaknięciem.
-Natalii?
-Hm..?
-Wytrwaj.. Nie chcę, abyś odeszła.
-Oh Nathanie.-zakrzyknęłam z radością, aby dać upust szczęściu.
Po chwili jednak przekonałam się, że szczęślwie chwile trwają zbyt krótko. Drzwi roztworzyły się, a zza nich wyjrzał doktor. Wtem zrozumiałam, że pora odwiedzin minęła.
Po opuszczeniu budynku, jak i przez reszte dni, miesiące nie mogłam znaleść dla siebie miejsca. Czułam, że jakaś cząstka mnie pozostała przy Nathanie.
Wspominając tamten dzień, szłam w kierunku tego samego miejsca, aby odebrać to, co zostało mi niemalże odebrane, a raczej kogoś- mojego przyjaciela.
Kierowałam kroki w stronę wejścia, a następnie zatrzymałam się na moment. Jednak moje nogi porwały mnie do biegu i po chwili znalazłam się po raz kolejny w ciemnym holu. Niewiele myślałam, lecz gdy ujrzałam otwierające się drzwi, wybiegłam w kierunku Nathana. Po chwilowym zdziwieniu nastąpiła radość. Oboje przez wszystkie te miesiące powstrzymywaliśmy się na duchu. Staliśmy tak przy roztwartych drzwiach i nie mogliśmy się sobie napatrzeć, pomimo, że widzieliśmy się nie tak dawno. Jego wzrok powędrował gdzieś daleko, lecz po chwili i ja dołączyłam do niego i wtem zorientowałam się o co chodzi. Zrozumiałam, że powodem smutku była rodzina, a raczej jej brak. Jego najbliżsi oddalili się od niego, nie zajmowali się nim od dawna, ani nawet nie przejmowali sie jego dalszymi losami. Z pewnością jego uzależnienia od alkoholu, narkotyków czy też częste zadawanie sobie bólu ani zaburzenia nie powinny być powodem do wyrzeknięcia się dziecka.
Spojrzał na mnie, a następnie przyciągnął do siebie tak, że stykaliśmy się czołami. Przywarł do mnie i rzekł zwykłe, lecz jakże pocieszne słowa: - Dziękuję, że byłaś, pomimo, że wszyscy inni odeszli, a ja byłem chory.
Spojrzał mi uważnie w oczy i po raz kolejny powtórzył słowo "Dziekuję".